Nie będzie strefy płatnego parkowania w Świebodzicach, zapłacony projekt do kosza…
Najpierw przygotowano projekt strefy płatnego parkowania i wydano na niego około 23 tys. zł. Potem, po internetowej awanturze, przeprowadzono pięciodniowe konsultacje w środku wakacji. Wzięły w nich udział 272 osoby, z czego 173 były przeciwne strefie. Wynik wystarczył burmistrzowi do rezygnacji z przedsięwzięcia. Trudno nie zapytać, czy tak powinno wyglądać zarządzanie publicznym projektem i pieniędzmi mieszkańców.
Historia strefy płatnego parkowania w Świebodzicach zaczęła się w 2020 roku. Próby jej wprowadzenia podejmowano kilkakrotnie, a w ostatnich latach temat ponownie wracał w miejskich planach. W 2026 roku projekt był już na tyle zaawansowany, że przygotowano dokumentację i projekt uchwały.
W styczniu burmistrz Paweł Ozga przekonywał, że problem parkowania w centrum istnieje. Wskazywał na brak rotacji samochodów i sygnały od przedsiębiorców oraz mieszkańców. Płatne parkowanie miało poprawić dostępność miejsc, a nie być sposobem na zarabianie przez miasto.
Tym bardziej dziwi finał tej historii.
Konsultacje powinny być na początku
Podczas sesji Rady Miejskiej 26 sierpnia padła informacja, że sam projekt strefy kosztował około 23 tys. zł. Dziś, po rezygnacji z przedsięwzięcia, jest to wydatek, którego nie da się już odzyskać. Nie oznacza to, że każdy niezrealizowany projekt jest automatycznie wyrzuceniem pieniędzy w błoto. Samorząd musi mieć możliwość analizowania różnych rozwiązań i zmiany decyzji.
Tutaj problemem jest jednak kolejność działań.
Jeżeli władze chciały wiedzieć, czy mieszkańcy zaakceptują strefę, powinny zapytać ich o to przed wydaniem pieniędzy na przygotowanie projektu. Konsultacje na początku pozwoliłyby ustalić, czy mieszkańcy w ogóle widzą potrzebę zmian, a następnie jaki model strefy byłby do zaakceptowania. Można było zapytać o stawki, godziny obowiązywania, abonamenty, ulgi dla mieszkańców i przedsiębiorców czy alternatywne rozwiązania. Zamiast tego najpierw powstał projekt, a dopiero później zapytano mieszkańców, czy go chcą.
To jest odwrócenie prawidłowej kolejności.
272 osoby i decyzja za całe miasto
Konsultacje przeprowadzono od 6 do 10 lipca, czyli przez zaledwie pięć dni, na początku wakacji. Wzięły w nich udział 272 osoby. 99 było za strefą, 173 przeciw. Świebodzice liczą ponad 21 tys. mieszkańców. Oznacza to, że w konsultacjach uczestniczyło około 1,3 proc. mieszkańców, a przeciwko strefie opowiedziało się mniej niż 1 proc. mieszkańców miasta. Ich głos oczywiście należy szanować. Problem polega na tym, że takiej frekwencji nie można traktować jako reprezentatywnej opinii całej społeczności. Zwłaszcza że konsultacje trwały tylko pięć dni i odbywały się w okresie urlopowym.
Nie jest to powód, by wynik ignorować. Jest to powód, by nie budować na nim decyzji ostatecznej, szczególnie w sprawie projektu przygotowywanego przez wiele miesięcy.
Burmistrz słucha mieszkańców czy reaguje na presję?
Najbardziej kontrowersyjny jest sposób, w jaki doszło do rezygnacji.
Projekt był przygotowywany, wcześniej burmistrz publicznie wskazywał na potrzebę rozwiązania problemu parkowania, miasto poniosło koszt dokumentacji, a następnie po fali krytyki w internecie zorganizowano krótkie konsultacje i na podstawie ich wyniku wycofano się z przedsięwzięcia. Burmistrz oczywiście ma prawo zmienić zdanie. Problemem nie jest sama zmiana decyzji, lecz podatność procesu decyzyjnego na presję niewielkiej, choć głośnej grupy mieszkańców.
Władza samorządowa nie może działać jak sondaż internetowy. Rolą burmistrza jest słuchać mieszkańców, analizować argumenty, ale ostatecznie również podejmować decyzje i brać za nie odpowiedzialność. Dobry manager nie porzuca wielomiesięcznego projektu dlatego, że pojawiła się fala krytyki. Jeśli projekt jest zły, powinien umieć powiedzieć dlaczego i go zatrzymać. Jeśli jest potrzebny, powinien umieć go obronić i zmodyfikować.
W tym przypadku zabrakło przede wszystkim konsekwencji.
Ile kosztowała praca urzędników?
23 tys. zł to koszt samego projektu. Nie obejmuje on czasu pracy urzędników. Przygotowanie strefy oznaczało przecież spotkania, analizy, uzgodnienia, przygotowanie dokumentów i uchwały, współpracę z wykonawcą oraz organizację konsultacji. Wszystko to pochłaniało czas pracowników miejskiego urzędu. Jeżeli projekt został ostatecznie porzucony, warto zapytać również o ten koszt.
Czas urzędnika jest zasobem publicznym, nawet jeśli nie wystawia się za niego osobnej faktury.
Nie chodzi o to, by twierdzić, że urzędnicy nie powinni przygotowywać projektów, które mogą zostać odrzucone. Chodzi o odpowiedzialność za proces. Najpierw należało sprawdzić społeczną akceptację dla rozwiązania, a dopiero później wydawać pieniądze na jego finalne przygotowanie.
Co można było zrobić za 23 tysiące?
23 tys. zł to dla budżetu miasta niewielka kwota, ale jednocześnie wystarczająca, by zrobić coś konkretnego dla mieszkańców. Można było zorganizować koncert plenerowy, kino letnie, kilka wydarzeń na Rynku, warsztaty dla dzieci i młodzieży, wystawę lokalnych artystów albo wesprzeć lokalne organizacje kulturalne. Dla porównania miejskie materiały pokazują dotacje rzędu 13 tys. zł na „Koncerty na wynos”.
Oczywiście projekt infrastrukturalny może być potrzebniejszy niż koncert. Ale w momencie, gdy z projektu ostatecznie zrezygnowano, 23 tys. zł staje się realnym kosztem alternatywnym. Za te pieniądze mieszkańcy mogli otrzymać wydarzenia i działania, które rzeczywiście zobaczyliby i z których mogliby skorzystać.
Zamiast tego miasto ma projekt, który nie zostanie wykorzystany.
Problem parkowania pozostał
Jest jeszcze jedna kwestia. Rezygnacja ze strefy nie rozwiązuje problemu, który według wcześniejszych deklaracji władz był powodem jej przygotowania. Samochodów nie ubyło. Problem rotacji miejsc parkingowych nie zniknął. Centrum nadal będzie musiało sobie radzić z parkowaniem.
Jeżeli strefa nie powstanie, mieszkańcy powinni więc usłyszeć, jakie rozwiązanie w zamian proponuje burmistrz. Bo „nie będzie strefy” nie jest jeszcze polityką parkingową.
Największy koszt to brak konsekwencji
23 tys. zł można policzyć. Znacznie trudniej policzyć koszt straconego czasu urzędników, przygotowanych dokumentów i miesięcy pracy.
Jeszcze trudniej policzyć koszt utraty wiarygodności procesu decyzyjnego. Burmistrz ma prawo słuchać mieszkańców. Ma też prawo zmieniać zdanie. Ale jeżeli najpierw przez wiele miesięcy prowadzi projekt, wydaje na jego przygotowanie publiczne pieniądze, a następnie pod wpływem internetowej awantury przeprowadza pięciodniowe konsultacje w środku wakacji i na podstawie opinii 272 osób rezygnuje z przedsięwzięcia, trudno mówić o konsekwentnym zarządzaniu.
Tak nie powinien działać manager odpowiedzialny za publiczne pieniądze.
Konsultacje powinny służyć podejmowaniu lepszych decyzji, a nie usprawiedliwianiu decyzji już podjętych. Burmistrz powinien słuchać mieszkańców, ale nie może być zakładnikiem internetowej presji. Ostatecznie nie chodzi więc tylko o strefę płatnego parkowania. Chodzi o standard zarządzania miastem. O to, czy najpierw analizuje się problem, konsultuje rozwiązania i dopiero wydaje pieniądze, czy najpierw przygotowuje i opłaca projekt, a dopiero później pyta mieszkańców, czy w ogóle go chcą.
Świebodzice właśnie zapłaciły około 23 tys. zł za tę drugą kolejność.




